Grupa Oto:     Bolesławiec Brzeg Dzierzoniów Głogów Góra Śl. Jawor Jelenia Góra Kamienna Góra Kłodzko Legnica Lubań Lubin Lwówek Milicz Nowogrodziec Nysa Oława Oleśnica Paczków Polkowice
Środa Śl. Strzelin Świdnica Trzebnica Wałbrzych WielkaWyspa Wołów Wrocław Powiat Wrocławski Ząbkowice Śl. Zgorzelec Ziębice Złotoryja Nieruchomości Ogłoszenia Dobre Miejsca Dolny Śląsk

Bolesławiec
Nocny najazd „cybucha”

     autor:
Share on Facebook   Share on Google+   Tweet about this on Twitter   Share on LinkedIn  
Zapewne wielu jeszcze mieszkańców Bolesławca pamięta czasy, gdy na ulicach miasta zaczęły kursować pierwsze produkty polskich zakładów motoryzacyjnych, których sztandarowym wytworem była garbata M-20 „Warszawa”, wóz montowany przez stołeczną Fabrykę Samochodów Osobowych na licencji ZSRR - początkowo nawet z części dostarczanych zza wschodniej granicy.
Nocny  najazd  „cybucha”

Nocny  najazd  „cybucha”
kliknij na zdjęcie, aby powiększyć.Nocny  najazd  „cybucha”
kliknij na zdjęcie, aby powiększyć.Nocny  najazd  „cybucha”
kliknij na zdjęcie, aby powiększyć.

Pojazd ten w kraju podlegał różnym modyfikacjom, doczekał się też pewnego „unowocześnienia” sylwetki poprzez zmianę kształtu tylnej części nadwozia. Dowcipnisie szybko skwitowali to nadaniem mu obiegowej nazwy, której nie wypada tu przytaczać w dosłownym brzmieniu – bez cienia zażenowania odwoływała się ona bowiem wprost do najstarszego zawodu świata.

Następnie pojawiła się pierwsza, naprawdę rodzima „osobówka”, „Syrena” 101, produkowana do 1972 roku we wspomnianych wyżej zakładach - a potem aż do kresu jej wytwarzania, czyli do czerwca 1983 roku, w FSM Bielsko-Biała. Jej dwusuwowy silnik wydawał charakterystyczny dźwięk, plując obficie – zwłaszcza po dodaniu „gazu” - niebieskawym dymem. Pojazd ten, wypuszczony 20 marca 1957 roku jako seryjny model 100 - poprzez kolejne modernizacje wersji osobowej „doszedł” w następnych latach do numeru 105.

Ironicznie nazywany „skarpetą”, miał jednak co najmniej dwie istotne zalety. Po pierwsze opisany dalej egzemplarz umożliwiał rozłożenie oparć przednich siedzeń, więc za sprawą kilku kolejnych, prostych manipulacji pozwalał na przygotowanie dość obszernego i w miarę wygodnego tapczanu. Gdy komuś przyszło przenocować w szczerym polu, mógł sobie w „gablocie” urządzić niezłe posłanie. Drugą ważną cechą „skarpety” była jej zupełnie przyzwoita zdolność do jazdy w trudnych warunkach terenowych.

Dzięki obydwu wymienionym zaletom swego czasu ocalono sporą ilość uli, zagrożonych zdemolowaniem przez huczącego potwora, ciągnika zwanego popularnie „cybuchem”.

Wróćmy więc raz jeszcze do pewnej wrześniowej nocy i nieistniejącej już od dawna leśnej enklawy, pyszniącej się wtedy połaciami różowo-fioletowych kwiatków, rozsiewających woń miodu. Dzieło FSO służyło nie tylko jako reprezentacyjna „bryka” pewnych hodowców pszczół, ale także stanowiło niezawodny środek transportu, dowożący potrzebny sprzęt i materiały do pasieki, rozstawionej na leżącym w bolesławieckich lasach wrzosowisku.

Jego teren pocięty był głębokimi bruzdami, wyrytymi przez lemiesz potężnego pługa, przygotowującego karczowisko pod sadzonki. Nowe drzewka dopiero wysuwały tam swoje gałązki nad różowo-fioletowe morze. Kiepski dojazd do uli zapewniała trudno dostępna gruntowa droga, z którą jednak „Syrena” radziła sobie doskonale. Ulokowane na wbitych w ziemię kołkach miodne pnie blokowały mniej więcej w połowie ów trakt - bowiem nikomu w istocie on na co dzień nie służył. Do pszczół można było dotrzeć także od drugiej strony przecinki. Przy pasiece stał skręcany z gotowych elementów maleńki domek. Zapewniał on całkiem przyzwoity pobyt w lesie właścicielowi uli.

Gdy któregoś dnia przybyli tam młodociani sąsiedzi pszczelarza, urządzono im nocleg w stalowej puszce „Syreny”, zaparkowanej właśnie na lichej ścieżynce, gdzie samochodzik wjechał bez trudu. Aliści tej nocy w lesie pojawił się nieoczekiwanie hałaśliwy przedstawiciel rolniczego postępu – traktor „Ursus” zwany popularnie „cybuchem”, mający za nic przeszkody terenowe. Była to kopia niemieckiego ciągnika „Lanz Bulldog” D9506, których to pojazdów zostało wiele po zakończeniu drugiej wojny światowej. Skopiowana i wdrożona do produkcji w 1947 roku konstrukcja stała się ciągnikiem „Ursus” C-45. Potężny tłok jego jednocylindrowego silnika trząsł w trakcie pracy całą maszyną, zapewniając sporą moc. Ryczący pojazd miał nieczynne reflektory, a jego kierowca wracał chyba borem na skróty z jakiejś suto zakrapianej imprezy. Jechał po ciemku ledwie widocznym leśnym szlakiem.

Gromkie łomotanie „cybucha” zbudziło chłopców, którzy poprzez tylna szybę wozu dostrzegli w ciemności języki ognia, strzelające z „komina” ciągnika. Toczył się on wprost na miejsce ich noclegu. Nie umieli włączyć świateł pozycyjnych, ale zdążyli zaświecić lampkę, umieszczoną w suficie samochodu. Dudniący potwór zarył przednimi kołami zaledwie kilkanaście kroków od nich. Przez chwilę miarowo dyszał jak zmęczony człowiek, po czym zahuczał ze zdwojona energią i tyłem wycofał się w kierunku, z którego przyjechał.

Rano o przeżytych emocjach świadczyły tylko koleiny, wygniecione wielkimi kołami „cybucha”. Można jedynie snuć przypuszczenia, jaki byłby efekt „jazdy” ciągnika po stojących nieco dalej ulach, gdyby na jego drodze nie zajaśniało nagle rozświetlone, tylne okno wszędobylskiej „skarpety”...


Zdzisław Abramowicz



Dzisiaj
Niedziela 22 maja 2022
Imieniny
Emila, Neleny, Romy

tel. 660 725 808
tel. 512 745 851
reklama@otomedia.pl


otozlotoryja.pl © 2007 - 2022 Otomedia sp. z o.o.
Redakcja  |   Reklama  |   Otomedia.pl